Gdyby komuś było za mało polskiego antysemityzmu, musiałby wymyślić jeszcze jednego Jana Tomasza Grossa. Aby ów antysemityzm – z braku Żydów – nad Wisłą nie wygasł, trzeba go co kilka miesięcy podsycać… Dwa lata temu napisałem krytyczny artykuł o sławetnej (ale już zapomnianej) książce Grossa pt. „Strach”. Dzięki temu trafiłem na stronę Jewish Institute jako przykład antysemity. Cóż, trafię tam chyba po raz drugi po przeczytaniu zapowiadanej przez profesora (socjologii) kolejnej książki pt. „Złote żniwa”.
Bo im dalej od II wojny światowej, tym więcej żydowscy badacze odkrywają “polskich zbrodni”. Prof. Jan Tomasz Gross w ostatniej książce (piszę to na podstawie publikowanych fragmentów) sugeruje nawet, że po wojnie Polacy zgładzili 200 tysięcy Żydów! To śmiała teza, tyle że nie naukowa lecz propagandowa. Gross z tytułem naukowym profesora nie przytacza na to żadnych dowodów poza przypuszczeniami, domysłami i jednostkowymi relacjami świadków. Niebawem do chóru żydowskich oskarżeń Polaków dołączy kolejny naukowiec – też z tytułem profesorskim. To Jan Grabowski z z warszawskiego Centrum Badań nad Zagładą Żydów…
Oto fragmenty mojego artykułu sprzed dwóch lat:
“Strach” to ostatnia praca Jana Tomasza Grossa, autora pseudohistorycznej książki “Sąsiedzi” o mordzie na Żydach z Jedwabnego.
W ubiegłym roku “Strach: antysemityzm w Polsce po Auschwitz” ukazał się w Stanach Zjednoczonych i wzbudził entuzjastyczne recenzje, przede wszystkim – amerykańskich Żydów. Jeszcze większą burzę wywoła polskie wydanie. Bo Jan Gross przyjął szokującą tezę, wedle której zwieńczeniem hitlerowskiej Zagłady były polskie mordy na Żydach po zakończeniu II wojny światowej!
Gross, emigrant marcowy, profesor historii na Uniwersytecie Princeton, pisze o pogromach w Krakowie w 1945 i Kielcach w 1946 roku. Idea książki jest zdumiewająco łopatologiczna. Oto Polacy wymordowali około półtora tysiąca Żydów – ocaleńców w pierwszych powojennych latach, ponieważ zrabowali im cały dobytek i nie zamierzali go oddać. Gross pisze wprost:
“Wszędzie tam, gdzie Żydzi byli złupieni, wyklęci, zdradzeni albo zabici przez sąsiadów, ich pojawienie się po wojnie wywoływało u Polaków mieszankę wstydu i pogardy, które można było zastąpić wspólną żałobą. Ale gdy polskie społeczeństwo okazało się niezdolne do żałoby po swych zabitych żydowskich sąsiadach, mogło albo ich się pozbyć (czytaj – zabić, dop. J.D.), albo żyć dalej w hańbie”.
Już w “Sąsiadach” Gross imputował, że “polskimi mordercami z Jedwabnego” kierowały niemal wyłącznie motywy rabunkowe.
W “Strachu” rozwinął tę tezę do rozmiarów, które przesłaniają nawet niemiecką odpowiedzialność za Holocaust. A już szczytem absurdu jest twierdzenie Grossa, że “pogrom kielecki to najbardziej krwawy akt antysemityzmu w Europie po II wojnie światowej, a jeśli nie liczyć II wojny, to nawet w całym XX wieku”.
Optyka Grossa jest przerażająca. Skomplikowane stosunki polsko-żydowskie – w dodatku pod dwiema okupacjami: niemiecką i sowiecką! – widzi wyłącznie w czarno-białych kolorach. Mamy więc do czynienia z polską tłuszczą rabującą mienie dobijanych Żydów. Jednym z argumentów świadczącym przeciw Polakom jest, wg Grossa, raport oficera AK, w którym pisze on, że “Polacy na Wschodzie uważają Niemców za swych wybawicieli”. Subtelnie Gross pomija, że chodzi o “wyzwolicieli” spod okupacji sowieckiej. Więcej – zarzuca Polakom wyrachowaną współpracę z Niemcami, prymitywnie odwracając kota ogonem: “Ciekawe, czy utrwalona w zbiorowej pamięci kolaboracja Żydów z wkraczającymi na polskie ziemie Sowietami nie funkcjonuje czasem jako próba zatarcia w tej samej pamięci kolaboracji polskich chłopów i mieszkańców małych miasteczek z nazistami?”. Niepojęte.
Wedle Grossa masowa emigracja żydowska w latach powojennych wynikała z polskiego antysemityzmu wyssanego z mlekiem matki. Nie dostrzega żadnego związku między terrorem komunistów, chęcią ucieczki z Europy czy reakcją Żydów na wkroczenie Stalina na ziemie wschodnie. Nie dostrzega też faktu, że mit o żydokomunie miał pewne uzasadnienie, a wśród większości niewykształconych ludzi – był bardzo żywy. Najwyższe funkcje w organach bezpieczeństwa pełnili bowiem Żydzi, a co trzeci pracownik aparatu represji też był narodowości żydowskiej. Jak tłumaczy to Gross? Prosto: Berman, Minc, Zambrowski, Fejgin, Hummer, Światło, Różański, Brystygierowa, Wolińska i tysiące innych funkcjonariuszy nie byli… Żydami, bo wyparli się swego żydostwa. Ba – byli nawet żydowskimi antysemitami.
Historia nigdy nie jest czarno-biała, jak wmawia Amerykanom i Polakom Gross. Ale trzeba być naprawdę niespełna rozumu, by mówić o “polskim małym Holocauście”. Polacy nie byli ani krwiożerczymi bestiami, morderczym wyjątkiem od ówczesnej reguły. I nie byli aniołami, tylko ludźmi zdemoralizowanymi przez wojnę, tak jak inne nacje. Jak Szwedzi, którzy sprzedawali stal III Rzeszy, jak Szwajcarzy – żyjący z kont ofiar Holocaustu, jak Amerykanie żydowskiego pochodzenia, którzy nie chcieli uwierzyć w raporty Armii Krajowej o Zagładzie, czy jak południowoamerykańscy generałowie dający schronienie SS-manom. Dlaczego więc Gross widzi tylko ofiary zamordowane rzekomo przez Polaków? Dlaczego nie dostrzega 3 milionów polskich i 50 milionów ofiar II wojny światowej? Bo to zburzyłoby tezę tego historyka o wyjątkowej nikczemności Polaków.
Gross: “Nie widzę żadnego wiarygodnego wyjaśnienia zajadłego powojennego antysemityzmu w Polsce, niż to, że tkwi on korzeniami w oportunistycznym zachowaniu społeczeństwa w czasie wojny. (…) Atakując Żydów w celu pozbycia się ich raz i na zawsze, ludzie nie działali pod wpływem swoich fantazji o żydokomunie lub o Żydach jako wampirach, tylko bronili swoich realnych interesów, często opartych na ciemnych układach lub jawnie przestępczym zachowaniu”.
“Strach” nie jest, wbrew temu, co o nim sądzi autor, książką historyczną. Jest tendencyjną publicystyką popartą wydarzeniami, które rzeczywiście miały miejsce. Ale ich interpretacja to nic więcej, tylko część osławionego “Przedsiębiorstwa Holocaust” Normana Finkelsteina, żydowskiego autora, który zarzuca swoim rodakom chęć bogacenia się na tej niebywałej tragedii. Cóż, Niemcy już zapłacili… 
To, co cytuję poniżej, uważam za jeden z najbardziej wstrząsających dokumentów prawdziwej Zagłady. To prośba niemieckiego oficera do konstruktorów ciężarówek, w których zagazowano setki tysięcy Żydów. To rzeczowa instrukcja na temat zmian konstrukcyjnych, ponieważ “towar” w trakcie gazowania zmienia przyczepność i obciążenie osi kół:
“Od XII 1941 roku 90 tysięcy zostało potraktowanych przez trzy czynne samochody – bez incydentów. Normalny załadunek osiąga od 9 do 10 na metr kw. Pełny załadunek ma niekorzystny wpływ na przyczepność pojazdu. Trzeba zmniejszyć przestrzeń o metr, zamiast rozwiązywać problem zmniejszając ilość sztuk. Ten ostatni krok ma tę wadę, że wydłuża czas działania, ponieważ pusta przestrzeń musi zostać wypełniona dwutlenkiem węgla. (…) Należy bardziej chronić lampy przed zniszczeniem. W chwili, gdy zapada ciemność, ładunek tłoczy się zawsze przy lampach, co utrudnia otwieranie drzwi. Ponadto z powodu niepokojącego charakteru ciemności krzyki zawsze wybuchają w chwili zamknięcia drzwi. (…) Po trzecie: aby ułatwić czyszczenie pojazdu, należy wykonać pośrodku otwór z przykrywką o średnicy od 200 do 300 mm oraz zamontować syfon tak, by płynne ciecze mogły wypływać już podczas działania. W chwili czyszczenia otwór spustowy będzie służył do usunięcia większych zanieczyszczeń.
Jeżeli chodzi o 10 ciężarówek zamówionych u Sauera, to powinny one za wszelką cenę uwzględnić wszystkie innowacje i zmiany wynikające z praktyki i doświadczenia. Do decyzji SS-Oberstrurm banfufrera Waltera Raufa”.
MYŚLĘ, ŻE WSZYSTKIE KSIĄŻKI JANA TOMASZA GROSSA NA TEMAT POLAKÓW POWINNY BYĆ POPRZEDZONE TYM WŁAŚNIE RAPORTEM.